REKLAMAStefczyk

 

1 grudnia 1947 roku, w Zabrzegu

pod Czechowicami został zamordowany kpt. Henryk Flame "Bartek", legendarny dowódca zgrupowania partyzanckiego NSZ na Śląsku Cieszyńskim. Tego dnia pierwszy raz nie założył swojego ukochanego ryngrafu...Czyżby przeczuwał, pogodzony z losem swoją śmierć ? W marcu 1947 r. Henryk Flame przeszedł do legalnego życia, ujawnił się przed władzami. Ujawnienie się „Bartka” stanowiło dla komunistów ogromny sukces, który jednak przyćmiewał fakt, że Henryk Flame, ujawniając się na mocy amnestii, był chroniony, a według nich musiał ponieść karę. Komuniści rozpoczęli więc kolejną prowokację, mającą na celu „ukaranie” Flamego. Do dnia swojej śmierci chodził przygnębiony Po zamordowaniu i likwidacji swoich żołnierzy we wrześniu 46 r stracił radość życia. Był bliski załamania.Wszystko o co walczył i w co wierzył prysło jak bańka mydlana ... ..Na kilka lub kilkanaście minut przed swą śmiercią "Bartek" miał powiedzieć, że nic go już nie cieszy na tym świecie, a żyje jeszcze dlatego, że ma tutaj dzieci i matkę.

Do "Bartka" strzelał milicjant Rudolf Dadak. Pytany, dlaczego to zrobił, miał odpowiedzieć: "Nie mogę znosić, by tacy wrogowie demokracji, którzy przed niedawnym czasem strzelali do milicjantów, chodzili teraz bezkarnie".
Co roku, 1 grudnia w czechowickim kościele św. Katarzyny odprawiana jest Msza Święta w intencji "Bartka". Świątynia jest wówczas zawsze pełna.

Dzięki Tomaszowi Greniuchowi, biografowi Henryka Flamego, wiemy mniej więcej, jak wyglądał jego ostatni dzień życia i co się wydarzyło w restauracji w Zabrzegu k. Czechowic-Dziedzic tamtej nocy, 1 grudnia 1947 roku. Dnia 1 grudnia 1947 roku o godzinie 14 Henryk Flame przyszedł do warsztatu znajomego Wiktora Cimali z prośbą, żeby zrobił drzwi żelazne do kościoła Św. Katarzyny. Praca nad drzwiami, w której pomagał Flame, trwała do godziny 18. Po skończonej pracy, Cimola zaproponował „Bartkowi", że odprowadzi go do domu. Po drodze wstąpili do restauracji prowadzonej przez Kozika na piwo. Tam spotkali Wiktora Ryszkę do którego się dosiedli. Później doszło kilku innych znajomych między innymi Rudolf Stafi z żoną i Stefan Kapela. W tym mniej więcej towarzystwie na propozycję Stefana Kapeli cała grupa udała się samochodem do restauracji Czyloka w Zabrzegu.

Pod restaurację prowadzoną przez Józefa Czyloka w Zabrzegu samochód z gośćmi, wśród których był Flame, podjechał między godziną 19 a 20. Z samochodu oprócz wyżej wymienionych gości, wyszło również dwóch funkcjonariuszy MO oraz kilku członków orkiestry, którą wzięto z restauracji Kozika. Całe towarzystwo bez przeszkód weszło do restauracji i zajęło stoliki. W tym czasie około godz. 20 funkcjonariusz MO o nazwisku Drapacz poznawszy wchodzącego do restauracji Henryka Flame poszedł na miejscowy posterunek, gdzie poinformował komendanta placówki Kazimierza Dolacińskiego, że widział jak „Bartek" w towarzystwie znajomych wszedł do restauracji u Czyloka, mówiąc przy tym, że może dojść do „gradny" gdyż kilka dni wcześniej, 29 listopada 1946 roku, Flame strzelał w tej restauracji na wiwat i nieprzychylnie wypowiadał się o „władzy ludowej".

Obaj milicjanci poszli zatem do restauracji, tam zastali już funkcjonariusza MO Całujka a chwilę później przyszli milicjanci, Rudolf Dadak i Multak. Byli tam również czechowiccy milicjanci Stanisław Kopeć i Jan Zygowski, którzy przyjechali w towarzystwie Flamego. W związku z tym, że miejscowy posterunek został bez obstawy, komendant Dolaciński odmeldował Dadaka i Drapacza na placówkę MO. Jednak Dadak został, a zamiast niego na posterunek poszedł Multak.

Około godziny 21.20 do baru, przy którym stali milicjanci, podszedł Flame i zaprosił komendanta Dolacińskiego do stolika, ale ten odmówił mówiąc przy tym, że jest na służbie a zresztą nie pije z nieznajomymi na co Flame przedstawił się podając jednocześnie swój NSZ-owski pseudonim, tak że wszyscy w pobliżu to usłyszeli. W tym czasie w restauracji znajdowało się pięciu milicjantów pilnujących porządku przed ewentualną awanturą, zwłaszcza, że towarzystwo Flamego było już mocno rozbawione. O godzinie 22 Czylok zabrał się do zamykania baru, widząc to Flame podszedł do Dolacińskiego i poprosił o dłuższe pozostanie obecnych na sali, ponieważ ma obawy, że na zewnątrz może dojść do awantury. Dzięki interwencji komendanta posterunku Czylok zrezygnował z zamknięcia restauracji.

Gdy kolejny raz Flame podszedł do baru zaczepił go Rudolf Dadak pytając czy pamięta go z roku 1944 na co zapytany odpowiedział, że jeżeli był w partyzantce to walczyli razem przeciwko okupantowi i na tym rozmowa się skończyła. Według późniejszej relacji samego Dadaka rozmowa przebiegła nieco inaczej, a mianowicie, że „podchmielony" Flame podszedł do niego i mu ubliżył używając przy tym wulgarnych słów. Bezpośrednio po tym incydencie Flame poszedł do osobnego pomieszczenie gdzie przysiadł się do Marii Stafi i do żony Ryszka. Był podłamany, skarżył się, że jego na świecie już nic nie cieszy, żyje tylko dla dzieci i dla matki.

Dochodziła godzina 23 dnia 1 grudnia 1947 roku gdy usłyszano serię strzałów i towarzyszący jej krzyk kobiet. Chwilę później Henryk Flame leżał bez ruchu w kałuży krwi obok krzesła na którym siedział. Strzał oddał funkcjonariusz MO Rudolf Dadak, który stał w drzwiach z karabinem w ręku z lufą skierowaną do pokoju, w którym siedział Flame. Od razu dopadł go funkcjonariusz Całujek, który odebrał Dadakowi broń. Na zapytanie dlaczego to zrobił odparł, że „nie może znosić by tacy wrogowie Demokracji, którzy przed niedawnym czasem strzelali do milicjantów chodzili teraz bezkarnie."

. Zbrodnia ta nie została nigdy ukarana, a jej sprawca jako „psychicznie chory” po roku wrócił do pracy w MO. Również nie zostali osądzeni i ukarani inspiratorzy zamachu (m.in. Henryk Wendrowski). Pomimo prowadzonego śledztwa, nie zostali oni ujawnieni ani postawieni przed sądem.

Zródło Tomasz Greniuch

________________________

Basia Brzezińska

Wszystkie
Z regionu
Gmina Węgierska Górka
Gmina Milówka
Książka Tygodnia
Gmina Jeleśnia
Beskid997
Sport
Gmina Rajcza
Wywiady
Gość BESKIDLIVE